MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

Gwiazda "Znachora" i "Matyldy" prywatnie. Kim jest Maria Kowalska? Idzie jak burza! Z małej Łękawicy pod Wadowicami do świata filmu

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Maria Kowalska na planie "Matyldy"
Maria Kowalska na planie "Matyldy" Fot. Lukasz Kaczanowski/Polska Press
Co tydzień w niedzielę wieczór w telewizyjnej Jedynce ogląda ją ponad dwa miliony widzów w kolejnych odcinkach serialu "Matylda". Wcześniej zabłysła jako córka profesora Wilczura w nowej wersji "Znachora", zrealizowanej przez Netflix. O tym, dlaczego tak dobrze sprawdza się w kostiumowych rolach, opowiada nam młoda aktorka pochodząca spod Wadowic - Maria Kowalska.

Maria Kowalska, wschodząca gwiazda kina

- Wychowywałaś się w Łękawicy pod Wadowicami. Jaki wpływ dorastanie w tym miejscu miało na to, co dzisiaj robisz?
- Spędziłam tam całą młodość, a wiadomo, że dzieciństwo to etap, który naznacza nas bardzo mocno na całe życie. Tak było też i ze mną. Moja młodość była wręcz sielska. W Łękawicy swoje gospodarstwo mieli moi pradziadkowie, a później wujek od strony mamy, który rozbudował stajnię i kupił dwa konie. To był wspaniały czas. Kiedy była zima, zamarzał staw i chodziliśmy na łyżwy. Wujek organizował dla dzieci kuligi, a kiedyś nawet zasadził mały las i wyciął w nim dla nas labirynt. To wszystko sprawiało, że w mojej wyobraźni powstawały różne światy, prowokowane przez najbliższych. Nikt z mojej rodziny nie był zawodowym aktorem, ale wujek grywał hobbystycznie w wiejskim teatrzyku, a mój dziadek układał rymowanki i śpiewał je przy różnych okazjach. To byli dla mnie prawdziwi artyści codzienności, od których wiele się nauczyłam.

- Dlatego po maturze postanowiłaś uczyć się aktorstwa?
- Pewnie w dużej mierze tak. Od dziecka lubiłam się przebierać i wcielać w inne postaci. Kiedy obejrzałam jakiś ciekawy film, to potem żyłam w tej rzeczywistości przez jakiś czas. Zresztą zostało mi to do tej pory. i jakiś bohater szczególnie mnie zafascynuje, to później długo o nim myślę i na przykład odtwarzam jego filmowe gesty. Sprawia mi to niezwykłą frajdę.

- Dostałaś się do akademii w Krakowie i do szkoły w Łodzi. Dlaczego wybrałaś to drugie?
- Kraków jest mi bardzo bliski. To tutaj poznałam teatr, jeżdżąc od dziecka na spektakle. Nie spodziewałam się, że dostanę się tu i tu. Jakoś intuicyjnie zdecydowałam, że jadę do Łodzi. Może dlatego, że spędziłam tam na egzaminach więcej czasu i poznałam świetnych ludzi, z którymi się zżyłam. Fascynowała mnie możliwość pracy z młodymi reżyserami i tworzenia z nimi etiud filmowych. Po prostu poczułam, że chcę do Łodzi, choć ogromnie cenię sobie też Kraków.

- Zadebiutowałaś już na studiach, kiedy zagrałaś jedną z głównych ról w serialu „Pod powierzchną”. Jak ci się to udało?
- Sama byłam w szoku. To był jeden z moich pierwszych castingów. Kiedy dowiedziałam się, że przeszłam, pomyślałam: „Tak łatwo można te castingi wygrywać?” (śmiech) Dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, jakie miałam szczęście, że tak szybko zostałam dostrzeżona przez panią Magdalenę Szwarcbart, która jest wspaniałą reżyserką obsady i szukała aktorów do „Pod powierzchnią”.

- Jak wypadło twoje pierwsze zetknięcie z planem filmowym?
- Miałam już do czynienia z kamerą w szkole, ale praca na takim wielkim planie to zupełnie inna bajka. Zaszokował mnie ogrom tej produkcji, w której dodatkowo musiałam zagrać jedną z głównych ról. Czułam się więc momentami, jak nieopierzony kurczak. Całe szczęście Magdalena Boczarska, Bartłomiej Topa i Łukasz Simlat wzięli mnie pod swe skrzydła. Mogłam na nich liczyć i czułam, że jestem dla nich pełnoprawną partnerką, mimo iż mam mniejsze doświadczenie. Dlatego bardzo dobrze wspominam ten plan.

- Prawdziwą sensacją okazał się jednak dopiero „Znachor”, w którym zagrałaś córkę profesora Wilczura. Pisano wręcz o „narodzinach gwiazdy”. Na czym polegała wyjątkowość tej roli?
- Cała adaptacja jest wyjątkowa: postaci mają bardziej współczesny rys i widzowie mogą się z nimi utożsamić. Do tego postacie kobiece są mocno nakreślone, nie są bierne, tylko sprawcze i wpływają na całą akcję. „Czarnym koniem” tego projektu okazał się reżyser – Michał Gazda. Dzięki niemu aktorzy, grający w „Znachorze”, mogli się poczuć współtwórcami tej historii. To widać na ekranie, że wszyscy jesteśmy mocno zaangażowani. Ta opowieść poruszyła wszystkie piony realizacyjne i każdy oddał temu filmowi swoje serce.

- Postać córki profesora Wilczura czterdzieści lat temu zagrała w ówczesnym „Znachorze” Anna Dymna. Świadomość tego była dla ciebie stresująca?
- Zdawałam sobie sprawę, że poprzednia adaptacja „Znachora” jest powszechnie uwielbiana przez Polaków i wszyscy będą nasz film z nią porównywać, a co za tym idzie, moją rolę z rolą pani Anny Dymnej. Stresowało mnie to, ale tylko na samym początku. Kiedy już przeczytałam i przeanalizowałam cały scenariusz, doszłam do wniosku, że nie ma tu wielkiego ryzyka, bo ta moja Marysia jest zupełnie inna. I tego się trzymałam: tworzyłam tę postać całą sobą.

- Teraz oglądamy cię z serialu „Matylda” – i znowu jest to rola kostiumowa. Jak to się dzieje?
- Może jest we mnie coś, co sprawia, że dobrze funkcjonuję w kostiumie. Nie jest on dla mnie ciężarem, tylko w jakiś sposób dodaje mi charakteru. To wyświechtane powiedzenie, ale może mam „starą duszę”, dzięki czemu dobrze się odnajduję w dawnych epokach i nie mam problemu, żeby sobie je wyobrazić. Fascynuje mnie też pewien etos moralny, wpisany w tamtą rzeczywistość. Podziwiam takich bohaterów, którzy walczą o wyznawane przez siebie wartości i stawiają czoła wielu przeciwnościom.

- Wolisz grać te postaci kostiumowe niż współczesne bohaterki?
- Te role w filmach historycznych mają wartość dodaną w postaci okazji do wejścia w świat, którego już dzisiaj nie ma. Grając w filmie kostiumowym, jakbym przenosiła się w czasie. Tak naprawdę myślę jednak, że koniec końców chodzi o to, by trafić na rolę, która da szansę zagrania złożonego charakteru. Jeśli jest ciekawa postać, która mnie łapie za serce, to tak naprawdę nie ma znaczenia, w jakich czasach dzieje się akcja filmu.

- Matylda to twoja pierwsza główna rola. Cały serial spoczywa na twoich barkach. Czułaś na sobie odpowiedzialność za jego sukces?
- Na planie nie skupiałam się na tym. Nie miałam na to czasu. Koncentrowałam się na swoim zadaniu i tylko o tym myślałam. Wręcz maniakalnie rozkminiałam, jak przeprowadzić swą postać i psychologicznie ją uwiarygodnić. Szczerze mówiąc, chyba tak naprawdę dopiero w trakcie premiery „Matyldy” uzmysłowiłam sobie, jak moja rola jest ważna, przez pryzmat chociażby atencji, jaką poświęciły mi media. Myślę jednak, że pomimo tego, iż Matylda łączy w serialu różne wątki, to nie jest to przecież opowieść tylko o niej. Mamy tutaj mnóstwo innych charakterów wykreowanych przez wspaniałych aktorów i wszyscy tworzymy ten świat. To jest praca całego zespołu: reżysera, operatora, producenta, innych pionów i na końcu montażystów. Staram się myśleć o tym, jako o wspólnej odpowiedzialności.

- Dylematy młodej dziewczyny z XIX wieku są ci bliskie?
- Po „Znachorze” i „Matyldzie” zrozumiałam, że człowiek będzie zawsze tym samym człowiekiem, bez względu w jakich czasach żyje. Może mamy trochę inne problemy, ale władają nami te same pragnienia – przede wszystkim potrzeba akceptacji i miłości. Nie miałam więc absolutnie wrażenia, że mierzę się z jakąś archaiczną postacią. Gdyby ta moja Matylda nagle znalazła się we współczesnym świecie, na pewno znalazłaby też powody, dla których chciałaby się buntować.

- Ta buntowniczość Matyldy to bliska ci cecha?
- Kiedy byłam nastolatką, moi rodzice nie mieli ze mną większych problemów wychowawczych. Zawsze wiedziałam, na co sobie mogę pozwolić i nie tupałam nóżką z byle powodu. Kiedy jednak przyszedł czas wyboru drogi zawodowej, okazałam się bezkompromisowa. Moi rodzice są lekarzami i chcieli, żebym poszła w ich ślady. Ja natomiast uparłam się i zostałam aktorką. To trochę tak jak Matylda, która w istotnych sprawach bywa nieugięta.

- Jakie masz aktorskie marzenia?
- Przede wszystkim marzę, aby nadal móc uprawiać ten zawód I rozwijać się aktorsko. Konkurencja jest duża. Trzeba mieć sporo szczęścia, by pojawić się w odpowiednim miejscu i czasie. Po prostu chcę grać i dostawać scenariusze, które mnie poruszą. Mogą to być projekty kostiumowe lub współczesne. Bardzo mnie fascynuje, gdy aktor zmienia się fizycznie dla roli. Jeśli więc ktoś zaproponowałby mi jakąś wizualną metamorfozę, byłabym w stanie wiele dla niej zrobić.

od 7 lat
Wideo

Temat aborcji wraca do Sejmu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na zakopane.naszemiasto.pl Nasze Miasto