" - No to zabili nam Ferdynanda - rzekła gosposia Szwejkowi (...) - Którego Ferdynanda, pani Müllerová? (...) - Ależ panie szanowny, pana arcyksięcia, tego z Konopišti, tego tłustego, pobożnego! (...)".

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
" - No to zabili nam Ferdynanda - rzekła gosposia Szwejkowi (...) - Którego Ferdynanda, pani Müllerová? (...) - Ależ panie szanowny, pana arcyksięcia, tego z Konopišti, tego tłustego, pobożnego! (...)".


Ten prolog do powieściowych przygód cesarskiego wojaka Józefa Szwejka, autorstwa Jaroslava Haška, zna na pamięć każdy szanujący się mól książkowy. I nie dziwota, bo to wszak sowizdrzalski klasyk zrodzony na początku lat 20. XX wieku w praskiej piwiarni, gdy podchmielony pisarz zamyślił przelać na papier zjadliwą satyrę na Austro-Węgry i Najjaśniejszego Cesarza.

Do księgarń trafiło właśnie kolejne tłumaczenie Szwejkowskich zmagań ze światem, które ukazało się nakładem krakowskiego wydawnictwa Znak. Tym razem wyszło ono spod ręki Antoniego Kroha, historyka literatury, etnografa, bohemisty, no i naturalnie miłośnika dobrodusznego czeskiego piwosza, którego los rzucił w objęcia światowej hekatomby.

Tłumacz wziął się do odświeżenia czeskiego arcydzieła: podszlifował dotychczasową polską wersję tytułu (brzmi teraz "Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej"), skolokwializował język bohaterów (aż gęsto w jego tłumaczeniu od zwrotów typu: "patrzaj pan" i "panie szanowny") i zdynamizował akcję, rozbijając tekst w sekwencję akapitów. Tym samym dołączył do kanonicznej listy translatorów Haškowskiej perły.

Ortodoksi pewnie podniosą larum, że po co nam kolejne tłumaczenie "Szwejka", skoro mamy arcydoskonałą wersję Hulki-Laskowskiego. Ale przecież im więcej wersji powieści, tym sława dobrego wojaka zdobywa więcej miłośników. Nawet gdyby przez to diaboliczny plan Haška okazał się po latach ideologicznym strzałem kulą w płot. Bo nie jest tajemnicą, że przygody Józefa Szwejka, handlarza fałszowanymi psami i dobrodusznego idioty w szeregach CK Armii, miały wstrząsnąć sumieniami Czechów i sprawić, by na zawsze zapomnieli o czasach, gdy po ojcowsku władał nimi stetryczały starzec uzbrojony w bokobrody. Dlatego stronice dzieła zapełniają tłumy bałwanowatej generalicji, nurzający się w kontuszówce żandarmi, upodleni feldkuratowie i zgraja cwanych urzędników reprezentujących zmurszałą monarchię.

Na nic jednak prowokacje Haška, który jako były żołnierz Armii Czerwonej i jej komisarz polityczny, nienawidził kultu wielonarodowościowego tygla, jakim były Austro-Węgry. Wbrew jego intencjom przez całe dziesięciolecia "Szwejk" czytany był jako literacki powrót do szczęśliwych czasów, gdy nad Wełtawą panował spokój i porządek, a na wszystko spoglądał bacznie dwugłowy orzeł Habsburgów.
Dlatego historycy literatury podają powieść Haška jako najlepszy przykład prozy zmistyfikowanej. Autor tej gawędy, stworzonej przy zalanym pilzneńskim piwem stoliku gospody, pewnie od stulecia przewraca się w grobie.

Bo miliony fanów pyzatego nieboraka w niedopasowanym mundurze wciąż sięgają po jego przygody, wędrują szlakiem jego ulubionych praskich piwiarni, odwiedzają Tabor, gdzie zatrzymał wojskowy eszelon i Budziejowice, w których doprowadzał do białej gorączki porucznika Lukáša.
Dlatego wy też zerknijcie do tłumaczenia Kroha i wspomnijcie dobrego wojaka, który - choć idiota - nie dał się nigdy uwieść absurdowi tego świata.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!